Faszerowany bakłażan z ryżem

W-Damaszku

Jednym z dwóch moich najczęstszych skojarzeń z Syrią jest wspomnienie jak leżałem w hotelowym łóżku w Damaszku, po brodę nakryty kołdrą i jakąś narzutą, zwinięty w kłębek, trzęsąc się z zimna pomimo, że temperatura w pokoju oscylowała wokół 30°C. Kilkukrotnie wstawałem do łazienki czując parcie na pęcherz, lecz nie mogłem się opróżnić. Zastanawiałem się czy przypadkiem nie są to objawy odwodnienia. A może to ten parszywy bakłażan?

Wcześniej tego dnia byliśmy w Bosrze, stolicy jednej z dawnych rzymskich prowincji – Arabii. Lwią część dnia spędziliśmy zwiedzając rzymski amfiteatr z drugiego wieku n.e. później zamieniony na twierdzę i sąsiadujące z nim ruiny antycznych budowli. Niemalże cały czas w pełnym słońcu bez nakrycia głowy, nie przyjmując przy tym zbyt wielu płynów. Popijając jedynie colę pod mizernymi palemkami w oczekiwaniu na autobus powrotny do Damaszku. Ach, no tak, w pobliskiej knajpce zjedliśmy jeszcze po bakłażanie faszerowanym ryżem. Nie wiem czy się pochorowałem przez ten właśnie obiad, udar czy może odwodnienie, ale do tej pory mam awersję do bakłażana i pracowicie wydłubuję go z obiadów w knajpach.

Moje drugie skojarzenie z Syrią pochodzi z Palmiry (Tadmor) miejscowości na skraju pustyni, zapomnianej przez Boga i turystów. Wspomnienie noclegu na dachu hoteliku jakich tam wiele: wieczór, który przyniósł ulgę od przeszło 40-stopniowego upału i rozlegające się dookoła, wzmacnianie całą artylerią głośników, głosy muezzinów wzywających do modlitwy. Matko, jak wcześniej mnie to irytowało, a tutaj proszę, na skraju pustyni, zastanawiając się czy starczy mi pieniędzy na powrót do Damaszku, nierówne śpiewy muezzinów koiły. Tutaj były w zupełności na miejscu.

A propos pustyni… W Homs wsiedliśmy w prześmieszny autobus jadący właśnie do Palmiry. W środku wystrojony w pstrokate tkaniny z całym mnóstwem frędzli majdających się w rytm podrygiwań autobusu, arabski pop dochodzący z radia, pełen tubylców i nas dwóch Polaków. Nim dotarł na miejsce dwu- lub trzykrotnie przegrzewał się i zatrzymywaliśmy się, by dolać wodę do chłodnicy. Raz chyba nawet zgasł. Modliłem się byśmy jednak dojechali, bo nie chciałem utknąć na środku pustyni, jak to się z resztą stało w drodze z Damaszku do Bosry. Tu by nas taryfa nie zabrała. W pewnym momencie autobus – tym razem planowo – zatrzymał się po środku niczego. Wokół tylko piasek i wydmy. Facet w klasycznym stroju arabskim – biała kiecka (diszdasza), czerwona arafatka na głowie (szumaga) przytrzymywana czarnym kółkiem (ogal) – wysiada z autobusu, tak jak siedział – bez torby, plecaka, niczego, i odchodzi w kierunku najbliższej wydmy.

Z resztą w samolocie z Larnaki do Damaszku też byliśmy jedynymi białymi. Miał wystartować zaraz po północy, lecz obsługa przeszła wzdłuż dość pustego samolotu, przeliczyła pasażerów i wylecieliśmy wcześniej. Po co czekać skoro wszyscy już są? A ten autobus z Damaszku do Bosry? Po godzinie jazdy rozkraczył się i koniec. Kaput. Dalej nie pojedzie. Otworzyli klapę silnika z tyłu, zleciało się stado facetów, gapią się i dyskutują. Nikt nie potrafi naprawić, ale jeden jest mądrzejszy od drugiego – dokładnie jak w Polsce! Czyli aż tak bardzo się nie różnimy. Po jakimś czasie zaczęły podjeżdżać taksówki i zabierać chętnych. Zagadnięci odpowiadamy, że chcemy jechać do Bosry.

- Wsiadajcie, wsiadajcie.
– Ale chwilę, za ile?
– Alf – tysiąc funtów syryjskich. Sam nie pamiętam, ale chyba nawet per capita.
– Nie, za tysiąc nie jedziemy.

Do rozmowy dołączył jakiś tubylec. Utargował z facetem, że pojedziemy w trójkę za tysiąc. On za siebie płaci pół, a my drugie. Podróż też trwała z dobrą godzinę, jak nie dłużej. Często się zatrzymywał, by dolać wody, żeby się ta jego żółta torpeda nie zagotowała. Ale cóż, był sierpień. Skoro nawet lokales nosił na głowie regularnie zwilżany ręcznik, to znaczy, że było gorąco.

A jak pysznie smakowało piwo po całym dniu zwiedzania niemałego przecież Krak des Chevaliers! Siedzieliśmy w knajpie z przepięknym widokiem na zamek. Tak na prawdę był to wybetonowany fragment ogródka na tyłach chałupy jak wszystkie inne w okolicy, zacieniony lekko dziurawą plandeką. Jak się tylko dowiedzieliśmy, że gospodarz ma piwo zamówiliśmy po jednym. Było drogie i nie najwyższych lotów, ale smakowało wybornie. Zniknęło w mig, więc zamówiliśmy po jeszcze jednym i do tego kurę. Ledwie wszystko zjedliśmy, tyle tego było. Z resztą, sądząc po rachunku jaki nam wystawił, była to chyba jego ostatnia kura… albo to piwo było naprawdę drogie.

Ach, Syria. Ale to było jeszcze przed wojną domową.

One Response to Faszerowany bakłażan z ryżem

  1. kaniaewa pisze:

    Cudowne zdjęcia, podziwiam. Mi jednak klimat taki nie odpowiada, gorąco,upały – to nie dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>