Hej ho! Hej ho! Na Kozi by się szło!

Grań„-Koziego-Wierchu

Wyjazd na weekend przełomu listopada i grudnia miał zainaugurować mój kolejny sezon zimowy w Tatrach. Niestety samochód odmówił posłuszeństwa nim wyjechaliśmy jeszcze z Warszawy. Od planu wyjazdu w następny weekend odwiódł nas z kolei szalejący Ksawery. Oswojony z myślą, że w tym roku już w góry nie pojadę, usłyszałem propozycję wyjazdu w jeszcze kolejny weekend, na 14-ego. Cóż, do pewnych rzeczy nie trzeba mnie długo namawiać. Tym bardziej, że i prognozy i bieżące zdjęcia dostępne w sieci zapowiadały dobrą pogodę. I tak też było.

Zasadniczy cel wyjazdu pozostał niezmienny – Kozi Wierch (2291 m n.p.m.). Skład w zasadzie również: Kasia, Robert i ja. Kozi Wierch jest poniekąd najwyższą górą znajdującą się w całości na terenie Polski, a jeszcze przeze mnie wówczas nie odwiedzoną. Witold Paryski tak o nim pisał w swoim przewodniku:

Oryginalny w kształtach, drugi co do wysokości szczyt w otoczeniu Doliny Gąsienicowej, wznoszący się w bocznej grani Tatr, odchodzącej od Świnicy, w miejscu gdzie grań ta, biegnąc zrazu ku wschodowi, załamuje się ku północy. (…) Kozi Wierch jest jednym z łatwiej dostępnych wyższych szczytów widokowych i jest często odwiedzany przez turystów, głównie Orlą Percią, która przechodzi przez jego wierzchołek. (…) Widok z Koziego Wierchu jest wspaniały i rozległy, częściowo podobny do panoramy ze Świnicy, z tą różnicą, że lepiej widać stąd całą Dolinę Pięciu Stawów Polskich z otoczeniem, oraz szczyty nad Dolinką Buczynową (…)

Dodaje jeszcze, że jego nazwa „jest góralskiego pochodzenia i została mu nadana z powodu licznych kozic niegdyś na nim spotykanych”. Pierwsze znane wejście na Kozi Wierch pochodzi z 17 sierpnia 1867 r. przez Eugeniusza Janotę i przewodnika Macieja Sieczkę, podczas gdy pierwszy raz zimą na szczyt weszli Józef Borkowski i Mariusz Zaruski 3 kwietnia 1907 r. – mniej więcej tą samą drogą, którą dostaliśmy się i my. Poszliśmy więc w ślady Zaruskiego – od którego nazywa się uliczka w Warszawie, którą na co i rusz biegam.

Z organizacją było różnie. Każdy do Piątki docierał własnym sumptem i chociaż spotkaliśmy się tam przelotnie, na dobre pogadaliśmy sobie już przed wieczorem na zboczu Koziego. Zmęczeni długą podróżą i ogólnie niezbyt wypoczęci, nie zaliczywszy jeszcze szczytu, wzruszyliśmy ramionami i stwierdziliśmy, że zawracamy do schroniska na piwo i szarlotkę. Prognozy były dobre, więc „wrócimy tu jutro”.

Następnego dnia, niezbyt się śpiesząc, bo z Piątki na Kozi Wierch nie jest daleko, ruszyliśmy przez kopny śnieg, gdzie nie gdzie przedzierając się przez wystającą kosówkę a wyżej kamienie. Dość szybko jednak problem z kolanem i rozlatującym się butem wyeliminował Roberta z dalszej drogi. Tym nie mniej śledził on nasze poczynania jak długo się dało, wpierw spod Koziego, później ze schroniska, przez co został jednogłośnie okrzyknięty Zawadą naszej wyprawy. Chociaż należy się tu drobne sprostowanie: „jednogłośnie” oznacza w zasadzie tylko mnie – jakoś nie wszystkich ten dowcip bawił. Z resztą z tym jego butem, całkiem nowym warto dodać, to też pocieszna historia: po prostu biedak pozostawił go nieopatrznie na kaloryferze w pociągu przez co zelówka zaczęła odchodzić od reszty buta. Co prawda wywijająca się na zewnątrz podeszwa dawała większe tarcie na śliskim, ale była też miejscem zbierania się nadmiernej ilości śniegu.

Tak czy inaczej, drepcząc powoli noga za nogą i zapadając się w śnieg do kolan lub głębiej gdy tylko się zeszło z udeptanego śladu (WHP 201 a dalej wspólnie ze 199, którą to drogę Paryski opisuje jako zejściową), w pełnym słońcu, tak że spokojnie można było iść w samej koszulce, oraz w niezbyt rekordowym czasie dotarliśmy do grani, którą Orla Perć biegnie z Koziego Wierchu ku Granatom. Niestety już w tym momencie dopadły nas chmury i w istnym mleku weszliśmy na szczyt, tak więc obiecywana przez Paryskiego rozległa panorama nie była nam dana. Nim ruszyliśmy w drogę powrotną, na trochę i tylko częściowo chmury się rozpierzchły, pozwalając na mają sesję foto. Z Koziego zeszliśmy tą samą drogą i zaliczając przystanek w Piątce na wyprażany syr oraz spakowanie reszty naszych rzeczy, pomknęliśmy na Palenicę i dalej do domu. Docierając z wysokości 2291 m n.p.m. na mniej więcej 85 m, na których położona jest Warszawa, przywożąc do domu katar i odrobinę satysfakcji.

Osiągnięty szczyt Korony Tatr:

  • Kozi Wierch (2291 m) 15 grudnia 2013.

3 Responses to Hej ho! Hej ho! Na Kozi by się szło!

  1. Wojtek M. pisze:

    Gratulacje Czarku!!! Kolejny szczyt z Twojej listy!
    Wszystkiego Najlepszego na Święta Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku, wspaniałych wypraw i bezpiecznych powrotów z gór życzy
    Wojtek Morga

    • Czarek pisze:

      Hej Wojtku! Dzięki! Jeszcze jakieś 60 szczytów na liście :)

      Tobie również wszystkiego najlepszego! Spokojnych i radosnych świąt i owocnego 2014 roku!

  2. Marta pisze:

    Kozi Wierch zimą musi robić wrażenie. Najwyższy czas się tam wybrać!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>