Wspomnienie Himalajów

Pumori-o-wschodzie-słoń„ca

Do dnia dzisiejszego hasło „Himalaje” brzmi dla mnie niczym nazwa mitycznej krainy, o której każdy coś słyszał, ale nikt nie wie czy i gdzie jest. Coś jak Atlantyda. Co jest nieco absurdalne, bo przecież niektórzy znajomi w tej czy innej części Himalajów byli, opowiadali, pokazywali zdjęcia, cierpliwie odpowiadali na moje mniej lub bardziej poważne pytania. Ba! w końcu nawet i ja tam dotarłem. Tak, miesiąc temu ujrzałem w końcu słynny Mt. Everest, onieśmielającą południową ścianę Lhotse oraz przepiękną Ama Dablam. Majestatyczne ośnieżone szczyty, potężne granitowo-gnejsowe giganty, jedne z najwyższych gór świata, chociaż względnie młode. Niektórzy twierdzą, że wciąż jeszcze „rosną”. A jednak Himalaje pozostają dla mnie krainą z bajek. Tym bardziej nierealną im więcej czasu upłynęło od powrotu do kraju.

Siedząc wieczorem w ogródku Hotelu Buddha, dzień przed naszym lotem do Lukli – dla wielu, w tym i dla mnie, bramy do regionu Khumbu – zastanawialiśmy się nad tym co przyniesie nam jutro. Planując lot na linii Katmandu-Lukla zawsze należy brać kilka dni zapasu na wypadek gdyby położone na wysokości 2860 m n.p.m. lotnisko im. Tenzinga-Hillary’ego nie było w stanie przyjąć samolotów ze względu na mgły i chmury. Dobrze też wiedzieliśmy, że od dwóch dni żadne samoloty w kierunku Lukli nie wystartowały. Jak będzie jutro? Czy polecimy, czy będziemy zmuszeni zawrócić na pięcie do naszego sympatycznego hotelu?

Następnego dnia na lotnisku panował rozgardiasz, zamieszanie, bądźmy szczerzy – chaos. Pewnie dlatego, że pogoda w końcu była lotna. Tara Air, linie które miały nas bezpiecznie dostarczyć w Himalaje, otwarte miały dwie budki, co wbrew pozorom niczego nie ułatwiało. Wręcz przeciwnie. Wystawszy się w kolejce do jednej usłyszeliśmy, że musimy przejść do drugiej, bo tamta obsługuje loty do Lukli. Ale jak to? Przecież tu jest napisane „Lukla”… Cóż, zatem druga budka. Tutaj znowu usłyszeliśmy, że jednak musimy wrócić do tej poprzedniej. I tak w koło Macieju. Gdy w końcu ktoś zlitował się nas obsłużyć okazało się, że mamy łącznie 18kg nadbagażu. Limit na głowę dla bagażu głównego i podręcznego łącznie wynosił 15kg. Ale, ale, dostaliśmy dyskont 3kg i dopłacając za jedynie 15kg extra, oddaliśmy plecaki na załadowania. Uf, możemy lecieć.

Lot do Lukli trwał około 20 minut, a przelot nad szczytami otaczającymi malutkie lotnisko z jego króciutkim pasem startowym kończącym się betonową ścianą z napisem „Welcome” (nota bene szybko zbliżającą się do lądującego samolotu) nie ekscytował tak bardzo jak obiecywał nam Internet. Start z resztą również. Jednakże w drodze powrotnej odbyło się bez zbędnego zamieszania, tj. zamieszanie było ale my w nim nie uczestniczyliśmy.

Nocując w lodży Paradise, tuż obok lotniska, trafiło nam się, że sprawy biletowe pomógł nam załatwić syn właścicielki, który – jak się dobrze składa - pracuje na lotnisku. Nie wiem czym oficjalnie się tam zajmuje, ale zakwalifikowaliśmy go do dość licznej w Nepalu grupy zawodowej – załatwiaczy. „Bądźcie jutro o 7 rano na lotnisku. Wylot macie około ósmej, może dziewiątej”, powiedział. Byliśmy na czas. W sali wylotów znaleźliśmy standardowo dwie budki i kłębiący się tłum podróżnych. Zrezygnowani stanęliśmy w kolejce. Po chwili pojawił się nasz kolega i jak to załatwiacz pokręcił się trochę po hali. Przystanął koło jeden z budek, zawołał nas do siebie, pokazując przy tym dłonią międzynarodowy znak „Bez nerwów, wszystko jest pod kontrolą” potwierdzony pewną siebie miną. Pięć minut później, z bagażami nadanymi (tym razem nikt nie kazał nam płacić za nadbagaż, który na pewno mieliśmy) i biletami w ręku, gdy mieliśmy już odejść sympatyczna pani z budki przypomniała sobie o sprawdzeniu naszych paszportów. Ot, nieistotna formalność. Później zabawna kontrola bezpieczeństwa polegająca na pytaniu „Czy ma Pan zapalniczkę? Gaz? Nóż? Cążki do paznokci? Kamienie?” z miną jakby chciał mnie przyłapać na kłamstwie, albo szukał w mej twarzy podpowiedzi jaki nielegalny przedmiot próbuję przemycić na pokład, i już byliśmy w poczekalni z numerem 4 wypisanym na naszych biletach. Na pokład samolotów wpuszczani byliśmy grupami kolejno, według tychże numerów, więc niespełna godzinę później siedzieliśmy w naszej „czwórce”. Podobno ekscytujący start z zaledwie 450 metrowego pasa, nachylonego w dół i zakończonego przepaścią, odbył się bez fajerwerków. Samolot oderwał się od pasa nim ten zdążył się pod nami skończyć tak gładko, jakby to nie było lotnisko przez wielu zaliczenia do 10 najniebezpieczniejszych w świecie.

Na szeroko pojętym trekingu w Solokhumbu spędziliśmy praktycznie dwa tygodnie. Gdy zaczynaliśmy była jeszcze kalendarzowa zima. Z początku dobrej pogody starczało do okolic południa: początkowo chłodny dzień, intensywnie rozgrzewany słońcem do temperatur których w Polsce wyczekiwaliśmy z utęsknieniem, w okolicach godziny pierwszej/drugiej po południu dość gwałtownie zmieniał się w szary i mroźny za sprawą szybko nadciągających chmur. Raz nawet spadł śnieg, tak że następnego ranka powitała nas zima pełną gębą, ale już następnego dnia mocno operujące słońce rozpoczęło topić wszelkie jego pozostałości, tak że z dnia na dzień wiosna w Himalajach była coraz lepiej widoczna. Brakowało tylko kwitnących rododendronów, ale cóż… nie można mieć wszystkiego. Gdy wracaliśmy do Lukli, słonecznej pogody starczało już na cały dzień. Lecz nim na dobre nastała wiosna, chłód był naszym stałym kompanem. Pojawiał się gdy tylko znikało słońce a na porządne ogrzanie się w lodży trudno było liczyć. Z resztą nawet pod koniec trekingu zastanawiałem się czy faktycznie jest cieplej, czy po prostu przyzwyczaiłem się do permanentnego uczucia chłodu.

Wszechobecne lodże, że pozwolę sobie uciec się do kalki językowej angielskiego słowa lodge, gdzieniegdzie zwane też szumnie hotelami, są oznaką dużej popularności turystycznej regioniu Parku Narodowego Sagarmatha. W każdej wiosce po drodze z Lukli do Everest BC, jak i również w bocznych dolinach, znaleźć można ich kilka. Ba! Niektóre wioski składają się z samych lodży. Oczywiście, jest to biznes nastawiony na turystów, bo przecież zarabiający 10 dolarów dniówki tragarz nie może sobie pozwolić na wydanie 4 dolarów na Dal Bhat, że już nie wspomnę o hamburgerach, spaghetti czy innych zachodnich daniach, nawet jeśli jada tylko dwa posiłki dziennie. Przecież opuścił dom na kilka tygodni nie dla zabawy, tylko po to by zapracować na utrzymanie rodziny. W lodżach więc spotkać można samych turystów i ich przewodników, którzy – jestem tego pewien – w zamian za przyprowadzenie białasów dostają wikt i opierunek, gratis. Typowa lodża składa się z jedno- lub dwuosobowych pokoi, jakiejś części kuchennej i głównej izby jadalnej: prostokątny pokój, z rzędami okien na trzech ścianach, czasami z jakimś pleksi na dachu, by złapać trochę słonecznego ciepła, z obowiązkową „kozą” na środku, tj. żelaznym piecem w którym powyżej linii drzew pali się po prostu wysuszonym łajnem jaków. I tu nie ma się co śmiać – jacze łajno daje dużo ciepła i wcale nie śmierdzi. Średniowieczni wieśniacy zbierający łajno z dróg w filmie Monty Python i święty Graal może wzbudzają śmiech, ale dokładnie tak robią mieszkający w Himalajach Szerpowie. Tak więc w trakcie trekingu natknąć się można na rozłożone przy drodze, suszące się w słońcu jacze odchody, albo minąć się z dziećmi niosącymi je w wiklinowych koszach na plecach. Pewnego dnia zapytałem Gonpu, naszego przewodnika, co tutaj ludzie robią zimą? Co z lodżami gdy sezon turystyczny się kończy?

- Większość schodzi niżej. Jedni do Katmandu, inni do Jiri, albo do Namcze Bazar.
- A co z lodżami? Zostają puste?
- Nie. Zawsze ktoś zostaje, kto ich przypilnuje.
- No i co oni tu robią?
- Pilnują budynków i zbierają łajno.

Mimo nawet dobrych właściwości grzewczych odchodów jaków, lodżom niestety daleko jest do ciepłych schronisk znanych nam z gór Europy. Pokoje gościnne oczywiście nie są ogrzewane, a na porządne rozgrzanie kozy nie we wszystkich lodżach można liczyć. A nawet jeśli, to wystarczy wyjść z głównej izby i chłód – z którym już się zdążyliśmy dobrze zapoznać - dopada od razu. A przecież trzeba się jakoś obmyć, czy po prostu rozebrać przed wskoczeniem do śpiwora.

Będąc w Himalajach staraliśmy się podglądać tubylców, czy raczej tambylców, w tym co jedzą, jak sobie radzą. To od nich nauczyliśmy się bez skrępowania rozsiadać na krzesełkach wokół pieca jak tylko w nim napalono. Już po paru minutach ciesząc się ciepłem, z gołymi stopami wyciągniętymi w kierunku kozy, bez kurtek czy czapek, podczas gdy inni biali opatuleni puchówkami siedzieli pod oknami. Dzięki naszym dociekaniom wypracowaliśmy optymalne dla nas menu trekkingowe: owsianka na śniadanie, szerpijski gulasz na lunch i Dal Bhat na kolację. Dal Bhat power 24 hour! Oczywiście przewodnicy spożywali go w innej formie (ze wspólnego gara) niż biali. Vege Dal Bhat to ryż, z zupą z soczewicy i ważywami. Co najlepsze, w zasadzie wszędzie w cenę Dal Bhatu wliczona jest dokładka „ile dusza zapragnie”, tak że każdy głód można zaspokoić. Szerpijski gulasz, tzw. Sherpa stew, to z kolei zupa z wszystkim: ryż, ziemniaki, makaron, warzywa. Do tego odrobina czili - byle nie za dużo! Mięso w diecie Szerpów pojawia się bardzo rzadko, tak więc i ja, zapalony mięsożerca, przeżyłem całe dwa tygodnie na posiłkach wegetariańskich.

A widoki? Oczywiście, przepiękne. Pierwszy rzut oka na Everest, jeszcze z Khumjung, niczym moment spełnienia. Może takie prywatne katharsis. Moment, na który czekałem całe lata, nawet o tym nie wiedząc. Chociaż przyznać muszę, że Everest – widziany nawet z bliższej perspektywy, np. z Kalapathar – nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jakiego się spodziewałem. Może dlatego, że od strony nepalskiej cały czas gdzieś się kryje, za tą granią czy tamtym szczytem. Wysokość Everestu (8848 m), po nepalsku nazywanego Sagarmatha, a podówczas jeszcze określanego mianem Peak XV, została w XIX wieku określona na 29000 stóp. Jednakże Indyjska Służba Topograficzna, mając obawy, że w tak okrągłą liczbę nikt by nie uwierzył, w oficjalnych komunikatach podawała wartość wyższą o dwie stopy, czyli po naszemu 8840 m n.p.m. Wysokość 8848 m została zmierzona dopiero w 1955 roku i podaje się ją obecnie jako wysokość góry z czapą lodową, a 8844 metrów bez.

Jednakże zdecydowanie większe wrażenie robi południowa ściana Lhotse (8516 m). Potężna i wyniosła, górująca nad okolicą, a już zdecydowanie nad Everestem, który z południowej perspektywy jest małą, niepozorną piramidką wyglądającą zza grani łączącej Lhotse z Nuptse niczym dziecko zza matczynej kiecki. Dobry widok na południową Lhotse rozciąga się z okolic tzw. czortenu Kukuczki poświęconego pamięci polskich himalaistów, którzy zginęli pod tą ścianą. Odsłonięty w 2008 roku upamiętnia Rafała Chołdę, który w 1985 roku zginął podczas odwrotu z nieudanego ataku szczytowego na wysokości 8000 m; Czesława Jakiela, lekarza wyprawy z 1987, który zginął na wysokości 5300 m w czasie podejścia do obozu I; oraz Jerzego Kukuczki, który odpadł od ściany na wysokości 8200 m w 1989 r. Jest to skrawek polski w tym dalekim kraju, gdzie wydaje mi się wszyscy Polacy czują się instynktownie jak u siebie, podobnie jak w słowackich Tatrach. Mając do dyspozycji przepiękną pogodę rozsiedliśmy się tutaj i oczywiście, przepytywaliśmy przechodzących turystów z wiedzy o polskim wkładzie w himalaizm: czy wiecie kto to był Kukucza? Kto pierwszy raz wszedł na Everest zimą? Włodek szczególnie indoktrynował grupę rosyjską.

Natomiast górą, która towarzyszy turyście prawie cały czas na drodze z Namcze Bazar (3440 m) do obozu pod Everestem (5364 m), czy w kierunku Chkukhung i południowej ściany Lhotse, jest Ama Dablam (6812 m). Góra o charakterystycznym kształcie, piękna sama w sobie, słynna z niemałych trudności technicznych. Pierwszy raz zdobyta w 1961 roku. Nazwę tłumaczy się jako „Matka z perłowym naszyjnikiem”, gdzie Ama oznacza matkę, babkę albo według niektórych wręcz świat. Dablam z kolei jest to brelok, który noszą kobiety Szerpów a służy do przechowywania wartościowych rzeczy. Nawiązuje to do wiszącego lodowca, który wygląda jak dablam i dwóch rozchodzących się grani niczym ramiona w matczynym uścisku.

Przyznać muszę, że z wizyty w Himalajach wróciłem zauroczony, a może i wręcz zakochany. Malownicze widoki, bardzo sympatyczni i pozytywnie nastawieni mieszkańcy. Pomimo trudów, które muszą znosić codziennie, większość stara się zostawić w turyście wrażenie, że jest mile widzianym gościem a nie sakiewką z pieniędzmi, które przecież są im potrzebne. Mało jest miejsc na świecie gdzie stwierdzenie, że jest się z Polski nie tylko nie wprowadza rozmówcy w konsternację (a gdzie to jest?), ale wręcz przeciwnie przywodzi uśmiech zrozumienia na jego twarzy. Himal, student którego spotkałem w Katmandu, gdy usłyszał, że jestem z Polski od razu krzyknął zadowolony że zna naszą stolicę - „Warszawa!”. W Namcze Bazar, z niemałą dumą w głosie Gonpu opowiadał „Christoph lubi tutaj przychodzić”, Christoph to, Christoph tamto. Ale jaki Christoph? No przecież Wielicki! I tak człowiek wraca z krainy bajek, zza więcej jak siedmioma górami i siedmioma rzekami, i marzy by jeszcze tam wrócić. I wrócę. Napewno.

Galeria z wyjazdu

One Response to Wspomnienie Himalajów

  1. kaniaewa pisze:

    Cóż… dla mnie nasze polskie góry są wyzwaniem, a co dopiero Himalaje.. Relacja genialna, jakbym z Tobą tam była. Zdjęcie na moście mnie przeraziło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>